sobota, 5 listopada 2011

full colour is the...

...autumn. Sobie pozwolę na małą zmianę w tytule oryginalnym i zmienię na oczywistą oczywistość. Ładny listopad mamy, i ciepły, i suchy. Podobno ma się zmienić, ale póki się nie zmienia, to mogę jeszcze chodzić w cienkim płaszczu i bez parasola. Chociaż parasol akurat mam ładny, ale nie lubię, jak jest mokro, więc wolałabym go nie używać.
A generalnie to zadziwiają mnie tegoroczne jesienne trendy, zgodnie z którymi modnie = kolorowo. Pierwszy raz na jesień nie są proponowane kolory błota i szlamu. Chyba trzeba uczcić to radosnym "łiii!" i szklanką litewskiego piwa ;) (tak przy okazji: jedno z najlepszych na świecie, polskiego już prawie nie piję, a już na pewno nie w pubach). No i pierwszy raz udało mi się wyglądać modnie, choć nie do końca, bo zieleń, zwłaszcza w wersji fluo w palecie "szał jesieni" raczej nie występuje. Ale co tam, chciałam mieć zielony płaszczyk, i jak zobaczyłam, to o mało od razu nie wzięłam tuzina, zwłaszcza, że nawet nieźle leży (przydałaby się jeszcze jedna dziurka w pasku; trzeba będzie pogadać z Mamą, która kupiła ustrojstwo do nabijania kółek i nap, i dorobić :))

Powyżej w wersji "Jane bez Tarzana", czyli w mini-dżungli bluszczowej. Wersja "Tarzan bez Jane" będzie innym razem, bo mimo ładnej pogody i względnie wysokiej temperatury nie chciałam się chwalić tuniką w dziko-koci wzór na świeżym powietrzu.
Jak powszechnie wiadomo, suche liście mają na ludzi dziwny wpływ: nie ma to jak szurać nogami idąc przez stosy liści, kopać, podrzucać... ja jeszcze przynoszę czasem do domu i kładę na stole, z którego jem. Ale to tylko platanowe liście.
Kwiatki na broszce nie były jedynymi, jakie spotkałyśmy, były też całkiem żywe, prawdziwe i różowe. Kolory jesieni to nie tylko liście, jak się okazuje.
Poza kwatkami były też owoce: śnieguliczka biała i głóg. Głóg tam wcześniej z niepokojem na twarzy poznaję organoleptycznie, tu coś głogopodobnego z bliska (tyle, że liście niegłogowe jakieś, ale to może jakiś inny gatunek):

Foto: Kaśka

Płaszczyk: Mohito, legginsy: Calzedonia (nie widać, ale nie są po prostu czarne, tylko czarne z miedziano-złotym połyskiem ;)), buty: Deichmann, apaszki: prezent z Azji, broszka: prezent z Ukrainy (rękodzieło). Aha, i torebka: Primark. Okulary też prezent, od optyka: Quest-X by Vision & Fashion.

6 komentarzy:

  1. Świetny kolor płaszcza i śliczna broszka;)lubię takie stylizowane cacka;)

    OdpowiedzUsuń
  2. ...no, nooooo (zachwyt), bo innych słów zabrakło

    OdpowiedzUsuń
  3. Jej ale płaszcz masz niesamowitego koloru. Nie wiem czy w tej mieścinie zabitej dechami bym dała radę przetrwać psychicznie w takim kolorze, ale powiem Ci, że Tobie jest ślicznie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Płaszcz iście derwiszowy :D
    Chciałam sobie buty podobne kupić, bo wiadomo nie od dzisiaj, że Ci ich zazdroszczę, ale nie ma już takich.
    Zdjęcie z jarzębiną, czy po co tam sięgasz, wybitne.
    Ładnie, ładnie jest :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kasiu, w takim płaszczu tym bardziej dałabyś radę, bo on ma wiosnę w sobie i pozytywnie nastraja ;)
    I dziękuję za miłe słowa ^_^ Wszystkim :)
    @R.F.: zdjęcie z "jarzębiną" (to głóg! pisałam nawet :P) mam jeszcze jedno lepsze, ale pomyślałam, że nie będę wszystkich wrzucać, co za dużo, to niezdrowo ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie tylko te zdjęcia, ale pozostałe (wszystkie) bardzo się mi podobają. Ja wiem, to nie profesjonalna "recenzja". Ale ja profesjonalna nie jestem. Mię się bardzo podobają i już. Powodzenia Pani Fotografko.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło, jeśli napiszesz coś konstruktywnego (najlepiej zgodnie z zasadami kultury, ortografii i interpunkcji). Niestety, nie będę obserwować Twojego bloga, jeśli mnie nie zainteresuje, nie wezmę udziału w konkursie, bo nie mam na to czasu/ochoty/sama sobie znajduję konkursy, więc daruj sobie zapraszanie.
Niemniej jeśli odczuwasz silną potrzebę, to zostaw ślad po swojej wizycie (choćby to było wytknięcie braku przecinka, takie komentarze zawsze są cenne :))