poniedziałek, 9 listopada 2015

Pomiędzy szynami kolejowymi zakwitnę makiem...

Ostatnio czuję się jak Kłapouchy. Nic nie pasuje, wszystko dobija, niekończący się smutek i – jakby mało tego wszystkiego było – pada deszcz. Listopad. Miałam gdzieś smutną białoruską piosenkę o listopadzie. Nie wrzucę linka, bo na youtube'ie nie ma. Zresztą, żeby się nie dobijać bardziej, nie słucham. Słucham rudej Litwinki, córki Polaka i Rosjanki (jednak takie rzeczy nadal są możliwe), czyli Aliny Orlovej. Konkretnie pierwszej jej płyty, Laukinis šuo dingo.
I próbuję oswajać jesień, choć nie chce mi się, a w zasadzie odechciewa mi się wszystkiego. Poza swoją depresją walczę z późnym wstawaniem P. i tylko się bardziej denerwuję. Ale wczoraj udało mi się go wyciągnąć na spacer do parku. Warunki sprzyjały, wyjątkowo nie padało ani nie dusił smog. Serio.
Ale było zimno i na dodatek usłyszałam, że w nausznikach wyglądam jak jakieś popieprniczone UFO. Dziękuję, P., też Cię kocham.
Na załączonym obrazku widać, jak bardzo nie pałam entuzjazmem do wszystkiego i jak wyglądam bez makijażu. Kurczę, w dzisiejszych czasach pokazać się bez makijażu w Internetach to prawie jak akt odwagi. A guzik, żadna odwaga, po prostu mentalny paraliż.
Jak na moje, to wyglądam jak Lāčplēsis, a nie jak UFO. Listopad, zbliża się 11., pasuje Zabójca Niedźwiedzi (i Czarnych Rycerzy). Tak swoją drogą, jestem szczęśliwą posiadaczką jedynego polskiego wydania Lāčplēsisa; serdecznie dziękuję pani, która oddała mi swój egzemplarz! ♥

Pięknej jesieni nie udało się już znaleźć, niemal wszystko łyse. Na jakieś resztki natrafiliśmy w środku parku:
 Ostatnie liście na drzewach. Niestety, bardzo słabo zamocowane, opadały przy dotknięciu... no, ale były. Najwięcej liści leżało na ziemi, w tym zdecydowana większość zaschnięta, poszarzała, a nawet gnijąca. Ale! Było też skupisko całkiem ładnych, dość świeżych liści, która aż się prosiły i rzucanie:

No, ale na rzucanie liści trzeba się jednak wybrać wcześniej, niż w okolicach zachodu słońca, jeśli ma się zamiar robić przy tym zdjęcia. Dzisiaj niestety leje, ale może innym razem jeszcze się uda.

Ponarzekałam sobie. Chociaż w sumie nie jest tak źle. Bawię się w plecenie warkoczy w ramach akcji "Zaplecione" zorganizowanej przez Izę z bloga Zakręcone Kółko. Z moimi włosami niestety, ciężko coś zrobić, bo... są w zbyt dobrym stanie. Niskoporowate, śliskie, niepodatne na stylizację. Wyślizgują się ze splotów, ześlizgują się z nich gumki. Nawet na lokówkę nie reagują (no dobra, 5 minut loki się utrzymują, po czym znów mam proste... A tak mi się podobają proste włosy z pokręconymi końcówkami. Cóż, zostaje podziwiać takie w internecie i koreańskich dramach, a swoje chyba bym musiała przestać olejować, odżywiać i nie wiem, co jeszcze robić, żeby zaczęły byś podatne. A, nie, brak odżywki też na nie nie działa, próbowałam używać tylko szamponu i nadal śliskie, gładkie, niepodatne. Ja wiem, marzenie wielu, ale jak mi się zwykły warkocz rozwala? Fuj, znów narzekam... No dobra, warkocz holenderski, do zrobienia w tym tygodniu (albo: w te 2 tygodnie) w miarę się trzyma. I w miarę mi wychodzi. Wygląda tak:
Związany nienormalną gumką, czyli Invisibobble, trzyma się. Normalna by się zsunęła. Jedną normalną już zgubiłam, w dodatku z ulubionego kompletu, więc nie ryzykuję już, noszę brzydkie gumki z kabla. Te się chociaż nie zsuwają i nie gubią.

Jeśli chodzi o inne radosne rzeczy, to dostanę (a właściwie dostałam, tylko nie w tym domku mam) hennę Swati do testu, od sklepu Bombay Bazaar. Czasem i ja mam szczęście i coś dostanę za darmo. No, za porobienie zdjęć i napisanie recenzji. Tym bardziej się cieszę (bo jest motywacja, żeby znów coś tu wstawić). A, no i cieszę się też temu, że włosy przydałoby się pofarbować znów.

Na razie tyle, jutro odbiorę hennę i się będę nią cieszyć. Jako, że chciałam mieszankę z indygo, rozważam nałożenie najpierw na odrosty czystej henny, żeby lepiej złapało. No, ale na myślenie jeszcze mam czas.

Gdyby kogoś interesował mój szaliczek, to donoszę, że dorwałam go lata temu w lumpeksie za jakieś 10 zł, nie więcej. I że jest niebiesko-fioletowy naprawdę, ale o ile mój aparat radzi sobie z czerwienią, o tyle na niebieskościach i fioletach pada. A ja jeszcze za mało umiem w Darktable, żeby coś z tym zrobić. Ale uczę się. Podobnie uczę się Excela i stwierdzam, że jest fascynujący. :)
Poza uczeniem się, uczę też P. obsługi aparatu. Jak sobie radzi, widać na powyższych fotach. :) Ale zdradzę tajemnicę, że musi jeszcze popracować nad kadrowaniem, bo z ostatniego zdjęcia wycinałam nadmiar nieba nad głową. Ale nauczy się, dobrze rokuje.

Na sam koniec i wciąż w temacie nauki – jeszcze jedna dobra wiadomość: dostałam się na bezpłatne zajęcia z języka łotewskiego, prowadzone przez studentkę z Łotwy. Obym w końcu zaczęła mówić, bo już mnie denerwuje moja "niemota"...

8 komentarzy:

  1. No to czepiam się literówek. A fotografie adekwatne do nastroju i pogody zapewne? I umiejętności fotografa. Pierwsze koty za płoty...Ciekawa jestem, jak ten P. wygląda bez nauszników? Pewnie jak Ty w nausznikach :D
    Na depresyjne nastroje można wypróbować dobrą herbatkę z dobrym rumem i bardzo dobrą książkę.
    Pozdrawiam kolorowo

    Anonimowo I.P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, literówki poprawiłam (jednak czytanie 2 razy to za mało ;)), mam nadzieję, że wszystkie. :)
      W sumie P. bez nauszników wygląda jeszcze gorzej, niż ja z, ale cicho, bo zaraz będzie, że go w internecie obgaduję ;)
      Dobrą książkę mam, rumu poszukam, Dziękuję i pozdrawiam również :)

      Usuń
  2. To mój ulubiony warkocz. Najładniejszy ze wszystkich i nie "ukwadraca" głowy jak francuski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piątka, też go lubię najbardziej! Ale nie wiem, czy nie ukwadraca głowy... patrz na pierwszą fotę ;) Grunt, że zawsze wychodzi i się trzyma :D

      Usuń
    2. Są sposoby, żeby zminimalizować ukwadracanie. Ale opisywanie słowami byłoby skomplikowane. Z warkoczami trzeba eksperymentować, sprawdzić co jest najlepsze dla każdego, oddzielnego przypadku.

      Usuń
  3. Warkocz piękny ! Tęsknota we mnie wezbrała za nawet "kwadratowym farncuskim", bo też było pięknie..A tu nawet mysich ogonków zrobić nie można, bo się "na krótko" (ze niby praktycznie) zachciało :D

    G.P.

    OdpowiedzUsuń
  4. To jak z łotewskim? Zaczęłaś mówić? Może będę potrzebowała wiosną tłumacza do Łotwy. Co Ty na to?

    Anonimowy I.P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczęłam mówić :D Nawet, o dziwo, całkiem nieźle mi idzie :D Jak będzie trzeba tłumacza, to jestem chętna!

      Usuń

Będzie mi miło, jeśli napiszesz coś konstruktywnego (najlepiej zgodnie z zasadami kultury, ortografii i interpunkcji). Niestety, nie będę obserwować Twojego bloga, jeśli mnie nie zainteresuje, nie wezmę udziału w konkursie, bo nie mam na to czasu/ochoty/sama sobie znajduję konkursy, więc daruj sobie zapraszanie.
Niemniej jeśli odczuwasz silną potrzebę, to zostaw ślad po swojej wizycie (choćby to było wytknięcie braku przecinka, takie komentarze zawsze są cenne :))