Indygo dostałam ponad miesiąc temu. I przez ten czas nie miałam kiedy pofarbować włosów, ponieważ ze względu na pojawiające się tu i ówdzie siwe, chciałam zrobić to dwustopniowo, a nieszcześliwym zrządzeniem losu nie miałam nigdy 2 dni z rzędu, żebym mogła zostać w domu. A przyznam, że bałam się, że będę głupio wyglądać z odrostami zafarbowanymi na rudo. Toteż czekałam na 2 dni, kiedy będę mogła zaszyć się w domu i farbować; podczas czekania cierpiałam, bo odrost coraz większy, źle się z nim czułam, dwa, że trzeba napisać recenzję, a tu mi się odwleka... Ale w końcu się udało.
Indygo, dla niewtajemniczonych, to naturalny barwnik, uzyskiwany z indygowca barwierskiego (Indigofera tinctoria), więcej informacji na Wikipedii. Barwi, jak nazwa wskazuje, na ciemnoniebieski kolor, na włosach daje od ciemnego chlodnego brązu po czerń. W mieszankach z henną pozwala uzyskać kolory od winnej czerwieni, poprzez brązy po czerń. Indygo nie barwi trwale siwych włosów, te trzeba farbować dwustopniowo, najpierw nakładając hennę, później indygo (następnego dnia, bądź nawet tego samengo, grunt, żeby nie minęło 48 godzin między jednym a drugim, ciekawych odsyłam do strony Henna for Hair, tam można sobie przeczytać wszystko dokładnie i zostać ekspertem ;)).
Wracając do farbowania, nadeszła w końcu długo wyczekiwana chwila, a właściwie 2 dni, kiedy nie musiałam wychodzić z domu. Wyciągnęłam puszkę z indygo
Przed farbowaniem henną trzeba oczyścić włosy. Jako, że szampony z silnymi detergentami ostatnio mnie podrażniają, postanowiłam umyć włosy sodą (po raz pierwszy w życiu). Działa. Zmyło mi wszystko, wszelkie warstwy kosmetyków, silikonów i inne ochronne; włosy były suche, czyste i niemal skrzypiały:
Tu lekko pofalowane, bo były związane w kok, a suche, bez żadnej odżywki, łatwo mi się odkształcają. Widać kolor wyjściowy (czyli kilka warstw henny) i końcówki, które pamiętają traktowanie farbą chemiczną...
Odrost widać po długości siwych włosów:
Skali nie ma, ale niefarbowane od września do grudnia, więc siwość była dość widoczna, niestety. Albo to ja jestem przewrażliwiona i tak je widzę.
W każdym razie, na oczyszczone sodą włosy nałożyłam hennę, tylko na odrosty, bo na długości siwych nie mam, a jeśli są, to i tak zafarbowane. I to jest widok, którego bałam się bardzo, ale, jak się okazało, nie było źle:
Kolor przechodził dość naturalnie, nie wyglądał strasznie. Nawet ostatecznie mogłabym tak wyjść z domu. Na długość przy spłukiwaniu nałożyłam odżywkę, bo suchość włosów była nie do wytrzymania wręcz. Lepiej zmiękczyć i najwyżej umyć później.
Następnego dnia znów umyłam włosy, tym razem już nie sodą, bo tego za często nie można robić, ale mydłem cedrowym. Odżywka, której użyłam dzień wcześniej na długości była lekka, bez silikonów i olei, więc nie trzeba było używać niczego supermocnego. Następnie zabrałam się za przygotowywanie indygo do położenia na włosy.
Po pierwsze: miska!
Szczerze mówiąc, nie wiem, czy indygo, jak henna, nie lubi się z metalowymi miskami, więc lepiej dmuchać na zimne. Szklanej na stanie nie mam, więc użyłam ceramicznej.
Po drugie: co kryje puszka?
W puszce znajduje się jedynie woreczek ze sproszkowanymi liśćmi indygowca, 150 g. To wszystko. Co prawda na puszce jest naklejona instrukcja przygotowania i nakładanie mieszanki (w puszkach z henną Khadi instrukcja była na ulotce w środku), jednak zawiodłam się na czymś innym. Otóż na naklejce jest wyraźnie napisane, że do opakowania dołączone są rękawiczki i czepek
tymczasem w środku ich nie ma. Co prawda, od foliowych, zwykle dołączanych do farb, wolę zwykłe gumowe czy lateksowe kupowane do sprzątania, ale jak już jest informacja, że te rękawiczki są w zestawie, to powinny być. Czepek też się przydaje, żeby spowolnić proces utleniania – ważne zwłaszcza przy dwustopniowym farbowaniu.
EDIT: podobno tylko mnie trafił się felerny egzemplarz. To się nazywa pech: na tysiące puszek trafić tę z wybrakowaną zawartością... ;)
Po trzecie: jak to wygląda?
![]() |
| indygo na sucho |
![]() |
| indygo na mokro |
Rozrobiwszy proszek z wodą, włożyłam rękawiczki i nałożyłam mieszankę na głowę, najpierw pędzelkiem na odrosty, a potem na resztę włosów, dzieląc je na trzy części (naprawdę da się to zrobić, nawet z głową zwieszoną nad wanną). Zależało mi na równomiernym pofarbowaniu, więc bawiłam się w dzielenie włosów, ale wcześniej, farbując na brązy mieszankami indygo z henną, po prostu nakładałam mieszankę na głowę i tam ją rozmasowywałam. Poprzednie indygo chyba też tak rozmasowałam, i niestety, kilka pasm ominęłam, więc tym razem postanowiłam być sprytniejsza. Oblepione pastą włosy zawinęłam w koka i zostawiłam na 2 godziny.
Jakkolwiek mieszanka była dość gęsta, i tak zielonkawa woda zaczęła spływać po szyi, musiałam więc czymś ją powstrzymać:
Z ręcznika papierowego zrobiłam sobie taką oto gustowną kokardkę, w którą wsiąkało wszystko, co mi po karku spływało. Spędziłam tak 2,5 godziny, nawet trochę więcej, po czym poszłam zmyć.
Po spłukaniu indygo z włosów nie nakładałam nic i czekałam 2 dni do mycia szamponem.
To były ciężkie 2 dni, włosy skrzypiały, plątały się, po prostu susza nieziemska. Najchętniej byłabym ich w ogóle nie ruszała, ale trzeba było rozczesać, poprawić koka/warkocza. I po każdym poprawianiu umyć ręce, bo zostawał na nich niebieski kolor. Ale w końcu umyłam szamponem, nałożyłam odżywkę, zabezpieczyłam końce silikonowym serum i wysuszyłam. Prezentują się tak:
Dla porównania, zdjęcie sprzed farbowania:
Kolor zdecydowanie mniej rudy, chłodniejszy, ciemny (na pierwszym zdjęciu jest cokolwiek długi czas naświetlania, naprawdę włosy są ciemniejsze). Nie jest to czerń, moje włosy są czarnoodporne, najciemniejszy kolor, jaki na nich wychodzi, to ciemny brąz. Czerni nawet farbą chemiczną nie udało się uzyskać (tak, próbowałam kiedyś). Zafarbowane wcześniej henną odrosty pod światło mienią się na rudo, jednak rude nie są. Zdjęcia niestety nie mam, przepraszam, nie zrobiłam, w najbliższym czasie to nadrobię (raz, że nie chcę robić z fleszem, bo nie będzie nic widać, zrobię w świetle dziennym i wstawię, dwa: chwilowo brakuje mi karty, dotychczasowa się zepsuła).
Generalnie jestem zadowolona z koloru, mam nadzieję, że się szybko nie wypłucze (dam znać, jak się sprawuje). Wyglądam i czuję się lepiej, niż wcześniej. :) Na minus niestety słaby zapach, co, podejrzewam, dla większości będzie plusem (jestem jedyną znaną mi osobą, która woli zapach indygo od zapachu henny). No i niestety, brak czepka i rękawiczek też na minus.
Plusów na szczęście jest więcej niż minusów, zdecydowanym plusem jest ilość produktu: 150 g spokojnie wystarczy na 2 farbowania u kogoś z włosami krótszymi, niż moje; prawdę mówiąc i moim wystarczyłoby i 100 g, ale wolałam rozmieszać gęstszą pastę i zmniejszyć ryzyko spływania koloru po szyi. Cena normalna dla tego typu produktów – sprawdzałam w kilku miejscach w internecie (31 zł + ewentualna wysyłka, jeśli komuś nie po drodze do Sękocina Nowego [jeśli wrócę do Warszawy, to chyba będę tam pielgrzymować, bo poza kosmetykami do włosów mają mnóstwo innych fajnych produktów]). Największym plusem jest chyba fakt, że farba nie niszczy włosów, jak chemiczna, bo nie wnika w głąb włosa, ale oblepia go. Zresztą, na zdjęciu powyżej, tym z włosami po myciu sodą, widać, jak różni się część, która była farbowana tylko farbami ziołowymi, od ostatnich ~30 cm, które pamiętają farby chemiczne.
Do indygo dostałam także próbkę rewitalizującego olejku do włosów:
Przed następnym myciem użyję, teraz nie olejowałam włosów, żeby nie osłabić farby. Olej, zgodnie z informacją na stronie sklepu, poprawia kondycję włosów, zapobiega ich nadmiernemu wypadaniu, przyspiesza wzrost włosów. Kontroluje przedwczesne siwienie włosów. Czyli coś dla mnie :) Zawiera mulehti, amlę, bhringraj, shikaki, jatamanasi, olej neem, olej kokosowy i olej sezamowy. Powinien mi służyć. I oby przyspieszył wzrost, bo najbardziej zniszczonej części włosów się sukcesywnie pozbywam, a żal mi długości, więc nie ciachnę wszystkiego od razu.
Dziękuję firmie Bombay Bazaar za indygo i olej (oraz próbki kremów), a Tobie dziękuję za przeczytanie całości. Mam nadzieję, że nie było nudno :)















Dlatego pogodziłam się z siwymi włosami. To są włosy mądrości. Farbuję sporadycznie, henną, kiedy mam czas. W ramach odżywienia i dla własnej satysfakcji. Cały proces jest dla mnie zbyt długi i uciążliwy.
OdpowiedzUsuńŁadny masz kolor :) Gratuluję wytrwałości! :)
To są włosy stresu! Dlatego je tępię ;) W sumie łatwiej jest farbować mieszanką henny z indygo, od razu, jednorazowo ale kolor szybko się ociepla. A przy nakładaniu najpierw henny, a potem indygo, kolor dłużej jest chłodny (u mnie w każdym razie, u większoci ludzi tym sposobem wychodzi czerń).
UsuńNie wiedziałam, że można zrobić takie podwójne malowanie. To przydatna informacja. Nigdy nie używałam produktów Swati, ale może spróbuję. :) Niefajnie tylko, że napisali, że są przybory, których nie ma. Masz bardzo ładne włosy. Koniecznie napisz jak się sprawdza olejek.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Sylwia
Właśnie z tymi przyborami to podobno mnie się tak trafiło, i jest to wina producenta. Dystrybutor (Bombay Bazaar) donosi, że pierwszy raz się taka sytuacja zdarzyła.
UsuńDziękuję za komplement. O olejku napiszę :)
Interesujące, zajmujące, czasochłonne i efektowne. Ładny kolor. A sam zabieg trzeba potraktować jako ćwiczenie cierpliwości. Tak myślę.
OdpowiedzUsuńAnonimowy IP.