Przepraszam za banalny i płytki tytuł. Niestety, o niektórych rzeczach trudno mówi się czy pisze wprost, i nie mam tu na myśli litrów wylanych łez.
Książka, którą przeczytałam, została w jednym miejscu w sieci uznana za najlepszą książkę 2015 roku. Nie będę z tym dyskutować. Dla tych, którzy nie kliknęli jeszcze w link: chodzi o Mam na imię Marytė Alvydasa Šlepikasa.
Do zakupu i czytania skłoniły mnie 2 rzeczy, a może trzy: miłość do Litwy, przedziwny stosunek do Prus Wschodnich, skąd pochodzę (to się określa jako "love-hate relationship"), i zapewne masochizm, przez który wcześniej grzebałam w tematyce szoa, a teraz przerzuciłam się na ofiary ze strony kata. Ach, i zapomniałabym, gdybym kupiła książkę po litewsku, to nie mogłabym jej nikomu wcisnąć i kazać przeczytać. A tak mogę.
Książka-magnes. Odkąd odebrałam, nie mogłam się powstrzymać i choć nie pomacać leżącej w torebce... zaczęłam czytać w tramwaju wracając do domu. Musiałam przerwać, ale po chwili i tak do niej wróciłam. Potem, w domu, usiadłam i przeczytałam do końca. I mną wstrząsnęła. Właściwie telepało mną non-stop, kiedy czytałam. W sumie nie wiem, trzęsłam się też z płaczu. A płaczę zazwyczaj ze złości. I historia opowiedziana w tej książce wyzwoliła we mnie taką złość, taką wściekłość... nie tylko, bo smutek też, ale i złość. I pytanie bez odpowiedzi "jak można było?". I moje perfekcyjne (w końcu! po tylu próbach się udało) smokey eye spłynęło. A ja zdrętwiałam.
Zima 1946 roku, równo 70 lat temu. Wojna się skończyła, Armia Czerwona zajęła tereny Prus Wschodnich, cywile, którym nie udało się uciec (bo nie, bo taka była decyzja polityczna, żeby odwlekać ewakuację do momentu, kiedy było już za późno), czyli starcy, kobiety i dzieci, siedzieli tam, gdzie dotąd mieszkali, z tym, że teraz jako podludzie. Chociaż właściwie z domów ich raczej powyrzucano. Mogli mieszkać w szopach. Albo w lasach, jeśli już nie mieli rodziców. Szczerze, to nie miałam pojęcia o tzw, "wilczych dzieciach". Oficjalnie tego wszystkiego nie było, półoficjalnie niemieckie sieroty siedziały w domach dziecka. A prawda jest taka, że wiele z nich, próbując przetrwać, włóczyło się po lasach, po wsiach litewskich – ci, którzy mieli tyle szczęścia i przedostali się na prawy brzeg Niemna, na Litwę, do ziemi jawiącej się jako ta obiecana, gdzie był chleb, słonina, kartofle... Ale i tam nie było tak różowo. Za pomoc niemieckim sierotom można było trafić na Syberię. Nie zawsze udawało się w porę wyrobić lewe papiery.
Naprawdę, znów zalewa mnie fala wściekłości. Jedyną winą tych dzieci było, że są Niemcami. I nie, nie chcę słyszeć, że role się odwróciły. No, naprawdę, XX wiek, ludzkość taka hop do przodu, taka cywilizacja, postęp i oświecenie, załamywanie rączek i płacz za humanizmem, a przy pierwszej lepszej okazji ofiara przybiera rolę kata i mści się, nawet nie na oprawcy, tylko na kimś, kto zrządzeniem losu akurat był tej samej narodowości, co wcześniejszy krzywdziciel. Pal sześć, że to niczemu nie winna kobieta, czy małe dziecko...
To wszystko, o czym wspomniałam wcześniej, jest zawarte w powieści Šlepikasa. Nie chcę spoilerować... nie umiem zachęcić do czytania. Mogę zniechęcić, mówiąc, że to książka dla ludzi o mocnych nerwach. Można przeczytać, jeśli ktoś się interesuje Prusami Wschodnimi bądź literaturą litewską. Można przeczytać, jeśli lubi się piękną, obrazową narrację i dobre tłumaczenia. Można przeczytać, jeśli chce się czegoś dowiedzieć o "wilczych dzieciach", ale nie jest się przygotowanym na najbrutalniejszą prawdę, bo Mam na imię Marytė, jakkolwiek straszna, to najstraszniejsza nie jest. Mocna, owszem, ale nie najbrutalniejsza (tu muszę się przyznać, zrobiłam szybki przegląd tematu i ta historia nie jest najstraszniejszą, choć wesoła wcale też nie jest). Denerwuje, złości, bo zawsze złościć będzie fakt, że na wojnie i po niej najbardziej cierpią nie ci, którzy ją wywołują, ale cywile, zwłaszcza ci niewinni – dzieci.
Nie jest to książka do czytania pod kocykiem z herbatką. Chociaż jak ktoś lubi, to można. Ale ostrzegam – i tak będzie zimno i źle.
Gdyby ktoś chciał posiadać w/w książkę w wersji papierowej, to radzę się pospieszyć, bo ja kupiłam jeden z ostatnich dostępnych w internecie egzemplarzy (jeśli wierzyć Google'owi i księgarni, w której dokonałam zakupu). Zawsze zostaje ebook, w końcu liczy się treść. A swój egzemplarz będę cisnęła na siłę każdemu... no, każdemu, kto potem odda.
Przeczytałam mniej-więcej miesiąc temu, a do teraz robi mi się zimno na samo wspomnienie... I nie, nie będę słuchać ludzi, którzy mówią, że nie powinnam czytać takich rzeczy, że powinnam czytać coś pozytywnego. Moje życie, mój czas, moje wybory, czytam, co chcę. Jak się zamyka oczy, to zło nie przestaje istnieć. Jak się o nim nie mówi, czy nie myśli, to ono jest nadal. A jak się o nim czyta, to nie znaczy, że się niszczy sobie życie. Póki się go nie wyrządza, nie robi się mu miejsca w życiu. A teraz poluję na "1945" Grzebałkowskiej, chociaż wiem, że znów będę w szoku w trakcie czytania.
środa, 3 lutego 2016
4 komentarze:
Będzie mi miło, jeśli napiszesz coś konstruktywnego (najlepiej zgodnie z zasadami kultury, ortografii i interpunkcji). Niestety, nie będę obserwować Twojego bloga, jeśli mnie nie zainteresuje, nie wezmę udziału w konkursie, bo nie mam na to czasu/ochoty/sama sobie znajduję konkursy, więc daruj sobie zapraszanie.
Niemniej jeśli odczuwasz silną potrzebę, to zostaw ślad po swojej wizycie (choćby to było wytknięcie braku przecinka, takie komentarze zawsze są cenne :))
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

"1945" stoi na mojej półeczce do przeczytania, ale po "Pani Stefie" nie mam już siły na wojenne historie. Robię przerwę. Tym bardziej, że to ciągle żywe opowieści, o których można usłyszeć od uczestników.
OdpowiedzUsuńJa na razie też coś lajtowego przeczytam; mam nadzieję, że autobiografia Mankella jest takowa, chociaż... no, ale spróbuję. A potem wracam do tematyki wojennej, na liście mam kolejną pozycję, litewską, która u naszych sąsiadów wywołała burzę: "Mūsiškiai" Rūty Vanagaitė, po polsku (jeszcze) nie ma. Nie będę nikomu cisnąć. Chyba. Też żywe opowieści, od świadków wydarzeń. Trochę się boję, ale z drugiej strony pozycja wyjątkowa w litewskiej historiografii.
Usuńlitwa jest taka sama jak polska. nie ma tu zróznicowań ani w mentalności, ani w duchowym podejściu do świata.
OdpowiedzUsuńMasz rację, jest wiele podobieństw, ale nie ma identyczności, jest i sporo różnic, w tym w mentalności czy podejściu do świata. Tzn. ja widziałam różnice, jak rozmawiam z Litwinem o tym, jacy są Litwini, to mówi to, co ja powiedziałabym o Polakach. Kiedy ja mówię o Litwinach, Litwin mi mówi to samo o Polakach. Jest cała masa podobieństw. Ale co mnie uderza, to chociażby święta państwowe: w Polsce nastrój pogrzebowy, uwydatnienie podziałów "my – oni", na Litwie jakaś taka radość, jedność, a nie wielka smuta. I to moim zdaniem wynika z różnicy w mentalności, podejściu do świata, a nie jedynie z różnic w doświadczeniach historycznych. Trochę inne wychowanie.
OdpowiedzUsuń