czwartek, 25 lutego 2016

Nieperfekcyjna pani

Czasem zabłądzę w internecie i znajdę coś, co jest dla mnie zagadką, czyli perfekcyjne panie (czegokolwiek), idealne blogerki... Jakiś czas temu na jednym z forów, na których się udzielam, ktoś wrzucił filmik o idealnym poranku pewnej vlogerki. Pan i Pani Perfekt, naprawdę. Filmiku nie załączę, bo zgubiłam linka, a kopać na forum nie mam sił, musiałabym się przebić przez tysiące postów z kilku miesięcy. W każdym razie dziewczyna pokazywała wszystko od przebudzenia po wyjście z domu. Cudowność, dopracowanie i ideały w każdym calu, ona i jej chłopak. No, prawie, bo mimo, że pokazywała poranne ćwiczenia, nie było nawet wzmianki o prysznicu – nieładnie, niehigienicznie. No chyba, że jest tak idealna, że się nie poci. Ale poza tym... idealnie gładka pościel (jak?! ja rozumiem położyć się w gładkiej, ale wstać w takiej, która wygląda na ledwo położoną? no jak?), idealna lśniąca kuchnia, idealny chłopak, który ścieli łóżko i robi na śniadanie szparagi...
idealne szparagi, foto z Wikipedii


Aż zaczęłam się zastanawiać, co jest ze mną nie tak. Ode mnie aż bije blask nieperfekcyjności. A moje poranki to już całkiem festiwal nieideału. Budzik, wstaję (bo jak nie wstanę od razu, to obudzę się w panice z godzinę później, więc nie ma "jeszcze 5 minut"), prysznic, makijaż, śniadanie (albo i nie, bo przed 7:00 nie jestem w stanie jeść), nie ćwiczę, bo nie mam rano czasu, wychodzę. Sama. Nie odczuwam potrzeby robienia wszystkiego razem z chłopakiem, wystarczy, że z nim mieszkam, czasem gotujemy obiad razem, dzielimy się praniem i sprzątaniem. Na zakupy nie znoszę z nim chodzić, bo ja bym kupiła wszystko, co jest na liście i wróciła do domu, a on stoi i wybiera... nie, nie dla mnie. No, ale ścieli łóżko.

Czasem oglądałam też różne perfekcyjne panie domu i doszłam do wniosku, że one robią to źle. Celem życia ani najlepszym wypełniaczem wolnego czasu nie jest sprzątanie ani porządki. Ludzie, ja mam hobby, nie będę polerować podłogi! Nie będę wywalać zawartości szafy, żeby poukładać to od nowa! Jedyna perfekcyjna pani domu, jaką szanuję, to Marie Kondo.

Dzięki niej mam nie tylko porządek w komodzie, ale i miejsce w niej. Tak, puste przestrzenie. Nie, jakoś nie zamierzam dokupować więcej ubrań (szafę za to zamierzam kupić). Z tych, które już mam jestem w stanie skomponować zestaw na każdą okazję. (Przy okazji: polecam bodokoszule, genialny wynalazek, zwłaszcza do spódnic. Zwykłe koszule nieestetycznie się rolują, podwijają, zaginają, wyłażą, a bodokoszula ani drgnie).
Zastanawiam się, czy nie kupić jej książki, bo jeśli inne metody utrzymania porządku są tak proste i szybkie, jak układanie ubrań, to zdecydowanie jest to coś dla mnie. I nie, nie sprzątam, bo muszę, ale sprzątam, żeby było przyjemnie, żeby nie było brudu, chaosu i pana Pierre Dolnika. Nie jest on mile widzianym gościem.

Nie błądząc na youtube'ie oglądam tutoriale makijażowe. Lubię, uspokajają mnie. O wiele bardziej, niż malowanie się samej, bo to mi jakoś niezbyt wychodzi. Może dlatego, że jak mam wolny dzień, to robię sobie prawie-idealne żelowe paznokcie (znaczy nakładam na swoje pancerz, żeby mi się w pracy nie zniszczyły) i maseczki, zamiast siedzieć przed lustrem i ćwiczyć malowanie się? Albo jak już wezmę pędzel do ręki, to zwykle w parze idzie farba akrylowa, klej albo lakier? Bardzo prawdopodobne. Owszem, umiem zrobić dobry makijaż, dzienne smokey. Czasem robię, jak mam czas. Ostatnio wolę dłużej pospać, więc przed wyjściem wykonuję plan minimum, czyli podkład, brwi, kreska roztarta cieniem, rzęsy, róż. 10 minut i nie straszę. Ale czasem zazdroszczę bardzo dziewczynom, które potrafią się wykonturować, ładnie rozetrzeć cienie, czy wykonać makijaż w stylu bollywood (marzenie!). A najbardziej tym, które robią to szybko i ładnie. No, jako że praktyka czyni mistrza, najwidoczniej niestety za mało praktykuję. I potem mam krzywe kreski. Zwłaszcza, kiedy 3. dzień z rzędu wstaję o 5:00...
Zresztą, pal sześć makijaż. Zadziwia mnie budowa twarzy większości oglądanych przeze mnie makijażystek czy ich modelek. Jak to możliwe że one wszystkie mają brwi tak wysoko nad oczami? I tyle miejsca na rozcieranie cieni? Czy ja jestem bezpośrednim potomkiem człowieka neandertalskiego, ze zaraz nad okiem mam brew, czy co? No u mnie się nie da, wszystkie pędzle do rozcierania to takie gigamonstra, że lecą mi z tym cieniem aż na brew, a tak nie można, musi zostać miejsce na ten jeszcze jaśniejszy cień. A jakiś małych puchatych pędzli do rozcierania nie znalazłam. Może za słabo szukałam? A może kupić większy i ostrzyc go? (ale to z tych tańszych, żeby nie było żal).
No, nic, jak na razie opanowałam malowanie perfekcyjnych brwi.  Podejrzewam, że motywacją było to:

Nie, żebym komuś prawiła mądrości o życiu, ale raczej żeby mieć poczucie, że ja mam lepsze brwi, niż ktoś, kto mi ciśnie ciemnotę i kazać mu spadać pokazując ten elegancki obrazek.
Cóż, trzeba będzie przysiąść i poćwiczyć, poeksperymentować, poszukać jakichś pędzli (wiem teraz jakich, bo ostatnio trochę o tym czytałam, więc może coś z tego będzie). Chociaż z tymi eksperymentami to trochę będę musiała się ograniczyć do "normalności" i makijażu, w którym można wyjść do ludzi. Moje eksperymenty z makijażem jak dotąd zawierają m.in. pudrowanie całej twarzy na srebrno, pasek koloru w poprzek twarzy na wysokości oczu, malowanie każdego oka innym kolorem, czy nakładanie na górną wargę innej szminki, niż na dolną, makijaż oczu w stylu arlekina... potem to wszystko oglądałam na zdjęciach z wybiegów. I weź tu nie wierz, że Cię obserwują :P
przykładowe zdjęcie z nieidealnym, nienadającym się do wyjścia makijażem... te do sztuki jakoś mi wychodzą, te do życia nie... :(

Podsumowując: oglądając internety doszłam do wniosku, że moje życie jest nieidealne. Owszem, jem owoce i warzywa, czasem poćwiczę, sprzątam, piorę i gotuję, ale niestety, nie wyglądam jak z żurnala, książki mam poukładane tematem i autorami, a nie kolorami, kosmetyki w łazience stoją w jednym koszu, nie mam nawet stojaka na pędzle do makijażu. Skłamałam, mam, sama zrobiłam z pudełka po srebrze koloidalnym.
mój skłamany stojak na pędzle, foto na dowód, że jednak mam
Pędzle stoją w pokoju, podobnie jak kosmetyki kolorowe i lusterko. W łazience się nie maluję, bo tamtejsze światło kłamie.

I, kurczę, chciałabym móc powiedzieć, że mam jakąś poranną rutynę, ale nie mam. Jeśli mam dzień wolny, to może nie śpię do południa, tylko wstaję, biorę prysznic, ubieram się, ale na przykład makijaż odpada i od razu przechodzę do śniadania. Bo mi się nie chce. Niechcenie – wróg ideału. Ale w sumie ten brak makijażu w dzień wolny to jedna z niewielu rzeczy, na które mogę sobie pozwolić, tak prawdę mówiąc (kurczę, to chyba największe kłamstwo rodziców, ten tekst "jak dorośniesz, to będziesz robiła, co będziesz chciała, a teraz rób to i to" – no jestem dorosła i jakoś nie chcę wstawać o 5:00, a robię to, bo muszę...a to, co chcę, robię, jak już zrobię to, co muszę i mam czas, czyli nic się nie zmieniło od dzieciństwa – czuję się oszukana).
Wieczornej rutyny też nie mam, często zamiast zrelaksować się z książką przed pójściem spać, idę pod prysznic, padam i zasypiam, w dodatku w pogniecionej pościeli, bo już wcześniej była użyta... no chyba, że dopiero co zmieniałam poszewki, to raz na jakiś czas mogę się położyć w gładkiej, ale wstanę już w pogniecionej.
Właściwie to żadnej rutyny nie mam, jedynie na automacie wstaję, biorę prysznic i robię makijaż (który i tak poza podkładem, brwiami i różem wychodzi różnie). Nie można zbyt wielu rzeczy robić automatycznie, bo się wtedy nie myśli, a jak się nie myśli, to łatwo się pomylić (albo wprowadzić się w stan osłupienia nie znalazłszy szparagów w lodówce... wróć, jak się ma jakiś plan dnia i rutynę, to się kupuje szparagi na zapas, zanim się skończą). A potem okazuje się, że tego dnia trzeba było zrobić coś innego, niż zwykle, a się nie zrobiło, bo się leciało na automacie i skucha, już nie jest idealnie. Trzeba być czujnym!

Dziękuję za uwagę i idę przemyśleć swoje życie. Bo jeśli doszłam do wniosku, że jest nieperfekcyjnie, to znaczy, że da się je jakoś ulepszyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi miło, jeśli napiszesz coś konstruktywnego (najlepiej zgodnie z zasadami kultury, ortografii i interpunkcji). Niestety, nie będę obserwować Twojego bloga, jeśli mnie nie zainteresuje, nie wezmę udziału w konkursie, bo nie mam na to czasu/ochoty/sama sobie znajduję konkursy, więc daruj sobie zapraszanie.
Niemniej jeśli odczuwasz silną potrzebę, to zostaw ślad po swojej wizycie (choćby to było wytknięcie braku przecinka, takie komentarze zawsze są cenne :))