Moim ulubionym jest olej gorczycowy (niech mi ktoś powie "musztardowy", to strzelę w łeb słoikiem musztardy i każę wycisnąć z tego olej, poza tym w polskiej nomenklaturze roślina o nazwie gorczyca nosi też nazwę kapusta [jakaśtam], w zależności od gatunku, a nie "musztarda", musztarda to taki zimny sos do mięsa i cukinii zrobiony z nasion gorczycy, dziękuję za uwagę). Zawsze mam po tym oleju miękkie, sypkie włosy, no cud-miód i orzeszki. Nie pachnie może najpiękniej, ale da się znieść, zapach się zmywa. Legenda głosi, że przyspiesza porost włosów, u mnie podobno też dało się to zauważyć, jak używałam 2 miesiące bez przerwy, przed każdym myciem. Do smażenia niestety pierwszy-lepszy się nie nadaje, trzeba znaleźć taki, na którym jest napisane, że można go jeść. Mojego nie można (ale miałam kiedyś jadalny, kurczak smażony na takim oleju - pyszności!), więc zużyję go wyłącznie do włosów.
Zaszalałam i kupiłam całe pół litra, wcześniej kupowałam butelki o połowę mniejszej pojemności, ale stwierdziłam, że jak moje włosy tak go lubią, to czemu nie kupić więcej? Taniej wychodzi (jak widać na naklejce z ceną ;)). Prosto z Indii. No, prawie, ale wyprodukowany w Indiach i kupiony w sklepie indyjskim.
Kolejnym olejem, który sobie sprawiłam, i który wyraźnie służy moim włosom, jest olejek kokosowy wzbogacony ekstraktami z amli, henny i cytryny Dabur Vatika Naturals. Prosto z Dubaju, więc bogactwo ;)
Dobra, przesadziłam, też był dość tani. Do tego ładnie pachnie (ciastkami, ale nie obezwładniająco), włosy po nim mam miękkie i błyszczące. Niestety, kokos nie jest dla wszystkich, najlepiej się spisuje na niskoporowatych włosach i o porowatości średniej w kierunku niskiej, inne może puszyć. Teraz tak myślę, czy nie przesadziłam z pojemnością butelki, bo jeden wielki, drugi wielki, kiedy ja to zużyję? Nie muszę olejować przed każdym myciem, więc już te 2 oleje stanowią niezły zapas.
Ale kupiłam więcej. W tym samym sklepie indyjskim nabyłam olej arganowy. Strasznie się do niego czaiłam. W kilku miejscach oglądałam, zastanawiałam się, czy cena dobra, czy to, czy tamto. Ten zdecydowanie był w dobrej cenie: 40 zł za 100 ml.
Też z Indii, do zużycia przez najbliższy rok, więc trzeba będzie używać na włosy, żeby nic nie wyrzucić. Poza tym etykietka głosi, że odżywia także usta i paznokcie, a mi olejek do paznokci bardzo się przyda (jako, że migdałowy już zużyłam i nie kupiłam, a też był dobry). Na zdjęciu jeszcze zafoliowany, w życiu również, jeszcze go nie testowałam. Ale ciocia mówi, że bardzo dobry i wierzę jej, sama używa na twarz (i nie mogła uwierzyć, że tak tanio kupiłam, ale jak się zna dobre sklepy, to się ma tanio).
Ostatnim olejowym zakupem ze sklepu indyjskiego jest olej palmowy. W tym miejscu na wszelki wypadek żegnam się ze wszystkimi osobami czytającymi ten tekst, albowiem obawiam się, że Greenpeace zrobi mi nalot na chałupę i spalą mnie na stosie za kupowanie oleju palmowego, który jest pozyskiwany w nieekologiczny, bestialski sposób (chodzi mi o wycinkę lasów, w których mieszkają orangutany). Nie ma dowodów, że mój też z takiej uprawy pochodzi, choć cena zapewne na to wskazuje, jakby był fair trade, byłby ze 4 razy droższy. W sumie jakbym kupiła go w Kuchniach Świata, to byłby 4 razy droższy, nie wiem, czy to by wystarczyło. Olej jest nierafinowany, ma intensywnie pomarańczowy kolor i dziwny zapach. Pochodzenie nieznane, pakowany w Anglii. Można go jeść, więc coś pewnie kiedyś z niego upichcę. O ile wcześniej wojujący ekomaniacy mnie nie pożrą.
![]() |
| poglądowe zdjęcie słoiczka |
![]() |
| poglądowe zdjęcie zawartości owego słoiczka |
Bardzo jestem ciekawa, jak się spisze na włosach.
Kolejny olej kupiłam na Litwie. Miałam go już wcześniej i przypadł mi do gustu. Eliksir dżungli z Uoga uoga.
Skład nie powala, cena bardziej (ale naturalne kosmetyki bywają drogie). Owszem, można zrobić samemu, ale raz, że niekoniecznie mi się chce, dwa, że już mam tam zniżki, więc płacę mniej. Kto bogatemu zabroni? A z oliwą z oliwek, stanowiącą bazę tego olejku, moje włosy też się lubią. O jego bliźniaku wspominałam już wcześniej. W sumie, jeśli chodzi o Uoga uoga, to olejki może nie są super szałowe (choć działanie chwalę), ale już pudry tak. I pomadki ochronne. Jakoś niebawem znów wybieram się na Litwę, zgadnijcie, kto na mnie zarobi? ;)
Ostatnim olejkiem tego tłustego lata jest kupiony na próbę olejek stymulujący porost włosów:
Jak mnie natchnie, to użyję. Póki co muszę wykończyć jantar. Ale końcówki będę podcinać, więc lepiej, żeby i jantar, i olejek zadziałały porządnie, bo muszę pozbyć się sucharów kończących moje włosie, ale długości mi żal.
I nie lubię słowa haul. Nie przemawia do mnie. Zawsze jak widzę "haul zakupowy", kojarzy mi się z szałem, jakimś kompulsywnym kupowaniem. Ja tam kupuję tylko to, co potrzebne. I pomadki ochronne, których nie potrzebuję, bo mam, ale zawsze gubię, a jak kupię nową, to znajdę starą
– taka dziwna prawidłowość.
W sumie jestem zaopatrzona nie tylko na lato, bo jakoś nie wyobrażam sobie, żebym miała to do końca lata zużyć, ale i na jesień. Dobrze, lepiej mieć zapasy, jesień zapowiada się chudo, nie będzie za co szaleć, trzeba się obkupić póki można, a potem korzystać z zapasów.
PS Dlaczego Picasa poprawia mi każde dodane zdjęcie i jak to wyłączyć raz na zawsze?







Cudowności!
OdpowiedzUsuńUwielbiam tego typu produkty do włosów. Olej kokosowy uratował moje zniszczone końcówki. W sumie do dzisiaj je ratuje i nie tylko włosy ale i suchą skórę :))))
O, tak, kokosowy zdecydowanie jest najbardziej uniwersalnym olejem. Od niego zaczynałam przygodę z olejowaniem, i było świetnie, nim smarowałam suche nogi zimą, nawet makijaż nim zmywałam, a kiedy zabrakło masła - smarowałam nim pieczywo ;) Podobno też po goleniu nóg jest dobry, w najbliższym czasie sprawdzę i to :)
Usuń